Geneza

Nie miałam w planie pisać o miłości. Tym bardziej, że przez swoich znajomych jestem postrzegana jako osoba twardo stąpająca po ziemi i na wskroś logiczna. Zdarzało się, że nazywano mnie „robotem bez emocji”… Jednak pozory mylą. Szczególnie, jeśli zawodowo pełnimy funkcje, które wymagają od nas szybkich i twardych decyzji, analizy i działań opartych na faktach nawet jeśli budzą one opór ludzi dookoła. To buduje pewien obraz…

Nie jestem super otwarta. Często chowam głęboko w środku swój romantyzm, pasję i tę odrobinę szaleństwa. Odpalić ją potrafią nieliczne osoby. To właśnie tych kilkoro ludzi zna mnie taką, jaka jestem naprawdę. Jednak w tym dorosłym życiu każdy z nas ma swoje codzienne problemy i zadania. A ja przerabiałam niespełnioną miłość do tego samego faceta ciągle i ciągle na nowo. Wiedziałam doskonale jak widzą tę sytuację moi przyjaciele i co o tym myślą. Miałam jednak poczucie, że nie są w stanie do końca mnie zrozumieć. Bo jak można zrozumieć relację opartą na tej legendarnej „chemii”, jeśli się jej nie przeżyło?

List

Pewnego dnia napisałam do NIEGO list. Taki, w którym opisałam swoje emocje, oczekiwania i to jak widziałam całą naszą historię. To była taka chwila totalnej otwartości i walki o tę relację. Bo stanie w tych otwartych drzwiach, w przeciągu, bardzo mnie już zmęczyło. Jednak mój list nic nie zmienił. Znów się minęliśmy: bo czas nie ten, bo inne sprawy zaprzątają codzienność, bo nie ma czasu na miłość, bo nie do końca umiemy ze sobą rozmawiać… Tak czasem bywa.

Postanowiłam wyrzucić z siebie tę historię i w końcu poukładać swoje emocje. Bo życie w ciągłym oczekiwaniu to nie jest coś, czego pragnę. Dlatego założyłam Tik Toka i tam opowiadałam ją w odcinkach. Czytając ją i słuchając potem raz za razem, miałam w sobie coraz większą akceptację dla tych wydarzeń i tego zakończenia… Pomogło.

Zupełnie się nie spodziewałam, że tyle osób zacznie tego słuchać, śledzić, komentować. Nie spodziewałam się takiej ilości maili i ciepłych słów. Jestem za nie ogromnie wdzięczna, bo to taki początek zupełnie nowej przygody w moim życiu. Daje mi to ogrom radości i napędza do działania. 

„Napisz książkę!”

No i zaczęły pojawiać się komentarze: „napisz książkę”… To zawsze było moje marzenie. Od liceum, w którym moja wredna polonistka (ale wybitny nauczyciel) mówiła, że powinnam coś pisać. Nigdy jednak nie miałam odwagi. Nie wiedziałam o czym. Mimo, że o miłości powiedziano, napisano i wyśpiewano chyba wszytko, to po prostu piszę o tym, co jest dla mnie ważne. O tym, co noszę w sercu i głowie. Nie zastanawiam się już czy to bzdury albo banały. Pewnie dla niektórych tak. Dla mnie to jednak bardzo ważne i prawdziwe. To po prostu kawałek mnie.

Przez kilkanaście lat pracy z ludźmi nabrałam mocnego przekonania, że jeśli nie potrafimy się komunikować świadomie, to inne umiejętności prawdopodobnie również nie będą działały. I nieważne, czy mówimy o miłości, czy biznesie.
Nic nie będzie przynosić nam spodziewanych rezultatów, a działania będą trochę jak strzelanie kulą w płot… Raz się trafi, a raz nie… A to chyba nie o to chodzi, żeby budować relacje na oślep? No, chyba że lubimy taką permanentną huśtawkę emocjonalną i kłótnie. Ale nawet jeśli, to lepiej świadomie kłócić się o pierdoły, niż iść na żywioł… Niejedna kłótnia pozostawiona bez kontroli, spustoszyła totalnie związek, nadwątliła zaufanie i była pełna słów, których nie dało się cofnąć…

Więc piszę dwie książki. Pierwszą o tej historii, o liście. O tym co przeżyłam i w jaki sposób udało mi się z tym poradzić. Drugą o tym, jak się komunikować, aby nie popełniać banalnych błędów na tej płaszczyźnie.

Czym jest dla mnie teraz budowanie relacji?

To rozmowa. No i wybór. Wybieram, że chcę być obok tej osoby. Wiem, że mamy wspólne wartości i nasze pomysły na życie da się pogodzić. Wiem, że mimo różnic, chcemy razem spędzać czas i dzielić się codziennością. Wiem, że mogę z drugą osobą porozmawiać o wszystkim: o tym co dobre, ale też o tym co wkurza, albo o tym, czego się boję. Wiem też, że ta druga osoba coś sobie o mnie pomyśli, ale zanim to zrobi, zapyta i będzie chciała zrozumieć. Tak samo jak i ja staram się pytać, jak coś mnie zezłościło. To trudne rozmowy. Trzeba zaciągnąć na chwilę emocjonalny hamulec, żeby upewnić się, czy mam się o co złościć… 😉 Bo przecież często sami sobie dopowiadamy w głowie te negatywne rzeczy. A wystarczy zapytać i okazuje się, że większość z tych czarnych chmur, to tylko nasza, nie zgodna z prawdą, nadinterpretacja.

Budowanie relacji to też kłótnie i trudne rozmowy, kiedy się różnimy i każde z nas chce postawić na swoim. To ciągła walka ze swoim ego, które nas podpuszcza, żeby bezsensownie się uprzeć „bo tak”. To łapanie ciągłej równowagi między JA a MY. To branie i dawanie – ciągła wymiana. Ale przede wszystkim, budowanie relacji to rozmowa!

Umiejętność komunikacji nie znaczy, że będziemy razem na zawsze. Nie znaczy też, że nie będziemy się wcale kłócić. Daje nam jednak ogromne poczucie zrozumienia i bezpieczeństwa. A gdy nie boimy się rozmawiać: o lękach, planach i marzeniach… dzieją się cuda. Okazuje się, że łatwiej poradzić sobie ze strachem, a plany i marzenia są całkiem możliwe do zrealizowania…. Łatwiejsze, kiedy jesteśmy drużyną. Bo ta druga osoba, ze swoimi doświadczeniami i innym spojrzeniem, otwiera przed nami nowe ścieżki. Pokazuje nam świat z innej strony. A mając więcej możliwości, sumę doświadczeń i podwójną energię, łatwiej jest nam iść do przodu.